„Pod niedźwiadkami” było sympatycznie. Miałyśmy dobre humory, szczęśliwie udało się uniknąć przygnębiających tematów. Nastrój zrobił się wyjątkowo miły. Przygaszone światło, dyskretna muzyka i świece na stoliku.

– Pojedziemy jeszcze do ciebie. Chcę zobaczyć ten nowy obraz, który kupiłaś.

Dobrze, że wszystko posprzątane – przemknęło mi przez myśl. Co prawda przed Basią nie musiałam udawać pedantycznej gospodyni, ale lubiłam, gdy po wejściu mówiła: U ciebie to zawsze jest tak ładnie…

Do drzwi mieszkania wszystko było jak zwykle. Dopiero, gdy odgrodziłyśmy się od wszystkiego, co na zewnątrz, klatka po klatce zaczął przesuwać się najcudowniejszy film.

Basia weszła pierwsza. Zamknęłam za nami drzwi i stanęłyśmy od siebie na wyciągnięcie dłoni. Basia rozpięła guziki płaszcza, więc przytrzymałam ją za ramiona, żeby pomóc go ściągnąć.

Stałyśmy tak przez chwilę – ja, łowiąc gorączkowo zapach jej włosów, ona dotknęła mimochodem moich dłoni. Płaszcz miękko spłynął na podłogę. Odwróciłam ją do siebie. Spojrzała na mnie tak, ze wspomnienie tej chwili do dziś wywołuje przyjemny dreszcz.

– Podobasz mi się, jesteś najcudowniejszym stworzeniem, jakie udało mi się spotkać w życiu. – Nie wygłupiaj się – odpowiedziała niepewnie, podejrzliwie. – Chcę się z tobą kochać – usłyszałam siebie i już nawet nie było czasu na panikę, bo jej usta dotknęły moich. Ciepłe, miękkie, czułe.


Delikatny ucisk warg, wilgotne języki szukające się w pośpiechu. Bałam się otworzyć oczy, bałam się poruszyć, odetchnąć – byle nie prysł czar, byle zatrzymać tę chwilę. Mogłam nareszcie dotknąć jej włosów, mogłam wpleść w nie dłonie. Wyczuć kształt głowy, karku, ucha. Chciało mi się płakać ze szczęścia.

– Chodź – wydusiłam wreszcie przez zaciśnięte gardło. Wzięłam Basię za rękę i poszłyśmy do sypialni. Jakże długa wydawała się ta droga.

Zaczęłam ją rozbierać. To najcudowniejsze misterium, jakie można sobie wyobrazić. Gdy jeszcze wszystko przed nami. Gdy już tak bardzo chcemy być blisko siebie, gdy znikają ostatnie bariery.

Całowałyśmy się bez przerwy. Dotykałam jej twarzy, głaskałam ramiona, tuliłam do siebie jak dziecko pluszową zabawkę. Ciągle z obawą, by jej nie stracić. Gdy dotarłam do piersi, przebiegł ją dreszcz. Wtedy wiedziałam, że jest już naprawdę moja.

Skóra Basi była gładka i pachnąca. Piersi pod moim dotykiem stały się pełniejsze. Dotykałam językiem twardy sutek, całowałam zagłębienie pod pachą, napięty brzuch. Nasze pocałunki były coraz bardziej namiętne. Wszystko zniknęło. Byłyśmy tylko my dwie. To był najdoskonalszy seks, najpiękniejsza integracja. Aksamitność jej skóry była nieprawdopodobna. Tylko kobieta może być taka. Całe ciało otwarte na mój dotyk, na najmniejsze muśnięcie dłoni, najdelikatniejsze dotknięcie warg.

Ostatni pocałunek przed otwarciem drzwi. – Było cudownie, jeszcze nigdy nie było mi tak dobrze, kocham cię – wyszeptała mi prosto w ucho.
Smutna cisza w samochodzie. Obie miałyśmy łzy w oczach, gdy naciskała klamkę, by wrócić do tego, co zawsze…

Więcej dwóch kobiet razem.

Najdoskonalszy seks